Sugar: Koci żywot- recenzja

Od dłuższego czasu kolekcjonuję komiksy z "kotem" w tytule, kotem na okładce lub z kotem w roli głównego bohatera. Dlatego nie mogłam się oprzeć zakupowi Sugar, kiedy pojawiła się taka możliwość- tomiku, który łączy wszystkie trzy, powyższe wytyczne- głównym bohaterem jest kitku, komiks nosi podtytuł "koci żywot", a na okładce w kolorze głębokiego fioletu siedzi tajemniczy, złotooki kocur i patrzy wyzywająco- przeczytaj mnie!

Pozycja idealna, nieprawdaż?

Sugar: Koci żywot- "zbiór kocich historii widziany kocimi oczami"...

Blurb nie kłamie- Serge Baeken przedstawia nam kilka uroczych kociaków: Tima, Jeffa oraz tytułowego Sugar, które stają się naszymi narratorami i przedstawiają swoją codzienność. Rysunki są bardzo przyjemne- proste, urocze i nie karykaturalne, jednak styl autora szybko staje się męczący, bo każdą stronę podzielono na 24 kwadratowe kadry.

Szachownice dynamicznych scen na każdej stronie przyprawiają o oczopląs, zbiór ruchliwych kotów zlewa się w czarną plamę (komiks jest biało-czarny). Na części stron pojawiają się większe grafiki, które ignorują podział i zajmują kilka lub wszystkie kadry. Rozumiem, że była to intencja autora, ale zabieg pojawia się na tyle często, że jest intrygujący tylko 2-3 pierwsze razy, potem również zaczyna męczyć.

Drugą rzeczą, która kłuje w oczy, kiedy już uda nam się wczytać, jest skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie kocich opiekunów, którzy kompletnie nie wyciągają wniosków ze swoich błędów. Możliwe, że w 2014, kiedy powstawały rozdziały, świadomość kociarzy na temat dobrobytu ich podopiecznych nie była tak rozwinięta jak dzisiaj, ale polecanie tomiku, każdemu miłośnikowi kotów wydaje się głupotą, bo większość złapie się za głowę po przeczytaniu pierwszych 4 stron...

Pomijając powyższe, przedstawione historie są o niczym, czasami można tworzyć lekkie fabuły przystające do kategorii "okruchy życia", jak np. "Ja i mój kot", jednak zazwyczaj i one cokolwiek wnoszą do codzienności czytelnika. Zawartość Sugar pochłania się szybko (głównie ze względu na małą ilość tekstu) i od razu po skończeniu większość zapomina, zostaje tylko niesmak.

Koty przedstawiono stereotypowo, jakby autor nigdy żadnego nie miał, ale znajomi opowiedzieli mu, o wybrykach swoich sierściuchów, a on uznał, to za standardowe, codzienne zachowania i przelał swoją wizję na papier- przedstawił nam kota-gadułę, kota-znajdę, kota-agresora/niszczyciela, który zjada mniejsze zwierzątka domowe, a domownicy w ogóle się tym nie przejmują, głuchego białaska etc. Z drugiej strony wygląda jakby zrobił jakiś research, pojawia się niesłyszący, biały kot, nieodpowiedzialny pseudohodowca, rozdawanie maleńkich kociątek ludziom z ulicy, zabieranie kotów na wakacje i wypuszczanie ich w obcym miejscu, przemoc stosowana wobec milusińskich, jednak tom nie zawiera żadnej krytyki dotyczące powyższych zachowań, nie jest moralitetem, rzeczy po prostu się dzieją i już. 



"Wielbiciele kotów" na większości forów książkowych zasypują sekcję komentarzy opiniami pod tytułem: "wielka frajda, pozycja obowiązkowa dla każdego właściciela kotów" (pojawiają się też głosy, że powieść jest chaotyczna i męcząca), ale nikt nie  neguje szkodliwych postaw bohaterów, nie zagłębia się w fabułę. 

Ja nie zaznałam w trakcie czytania ani wielkiej frajdy, ani żadnej.  Przez większość czasu frustrowała mnie niekompetencja opiekunów i bezrefleksyjne puszczanie w niepamięć śmierci kolejnych pupili (powodowanych wspomnianą niekompetencją).






Komentarze