Seria z "Metal" w tytule już od jakiegoś czasu mnie intrygowała, pilnie śledziłam pojawiające się doniesienia i opinie, oczywiście pojawiały się głosy za i przeciw i w końcu dobrałam się do do tomiku. Do tomiku o klimatycznej, miedzianej okładce z elementami połyskującymi metalicznie i mnóstwem twórców.
Zaczęłam czytać i już we wstępie tomik poinformował mnie, że zobaczę mroczne uniwersum, żebym na pewno zauważyła, że jest mroczne...
Szybko zorientowałam się, że Batman Metal, to nie nowe, samodzielne wydarzenie, tylko zlepek zeszytów z innych serii, co sprawia, że poszczególne zeszyty/rozdziały są niespójne pod względem tonu prowadzenia historii, narracji, a fabuła się rozjeżdża.
Na dobry początek dostajemy 2 rozdziały, których scenarzystami są Scott Snyder i James Tynion IV, wcześniej miałam niewielką lub nawet zerową styczność z twórczością panów i kompletnie nie byłam przygotowana na tak toporny styl i oporne prowadzenie narracji. Wygląda to trochę jakby 11-latek miał napisać, w ramach zadania domowego tajemniczą historię- kompletnie nie wie, jak się do tego zabrać, więc nadużywa słów "nieznane", "niewyjaśnione", "coś", "czegoś" itd., bo rzekomo dodają dramatyzmu i tajemniczości, a na prawdę niesamowicie irytują, bo dowiadujemy się "czegoś", ale na prawdę jest to "niewyjaśnione", więc w sumie nic nowego nie wiemy.
Ponadto pojawiają się sceny naszpikowane oczywistym symbolizmem, ale bohaterowie na wszelki wypadek nam go wyjaśniają, żebyśmy czasami nie przeoczyli, że Batman dostaje ogień od bogów jak Prometeusz, a zespół uwięziony w labiryncie na szybko przedstawia bryk z Boskiej komedii Dantego, żeby zaznaczyć czym inspirował się autor.
Potem jest już tylko ciekawiej, cofamy się o 50 tys. lat (ale tylko na jednej stronie), żeby dowiedzieć się, że to wtedy wszystko się zaczęło, po czym wracamy do teraźniejszości, gdzie członkowie JLA walczą na arenie w strojach blokujących ich umiejętności, dlatego muszą zbudować Megazorda...
W tym momencie przerwałam czytanie i zaczęłam się intensywnie zastanawiać czy warto je kontynuować.
Zdecydowałam ciągnąć moją przygodę z grafomanią dalej, dowiedziałam się, że na świecie pojawiły się nowe metale, nie da się tego wyjaśnić, ani naukowo, ani za pomocą magii... a i te metale czasami robią różne rzeczy, a czasami nie, nie wiadomo dlaczego. Dodatkowo ma pojawić się jakiś potwór, tak stary jak wszechświat i kluczowe dla niego jest znaczenie słów w języku angielskim...
Absurd goni absurd i bzdurą pogania, gdyby nie Batman uciekający na różowym raptorku, natychmiast porzuciłabym czytanie.
Historia osiąga punkt krytyczny i na szczęście zaczynają pisać inni scenarzyści- fabuła staje się zjadliwa, a nawet przyjemna, pojawia się tona kolejnych bohaterów- członkowie Teen Titans, Suicide Squad, Green Arrow itd.
Pojawia się Batman, który się śmieje. Ogólnie nie przepadam za Brucem Waynem, jego postać jest okropnie nudna, arogancka, irytująca i nieludzka, ale jego alternatywne osobowości z innych uniwersów bywają ciekawe.
Trafiamy do obszarów, na których pojawiają się pułapkistworzone przez złoczyńców- labirynt Nigmy, lodowa pustynia Freeza, Mad Max Poison Ivy, czy królicza norka Mad Hattera, podczas całej podróży przewijają się przybysze z mrocznego multiversum, aż grupka ocalałych dociera do bossa.
Nie mam wyrobionego zdania na temat tej historii, o ile można tak nazwać powstały patchwork. Fragmenty fabuły są kompletnie niestrawne, żeby kolejny rozdział można było przeczytać z połączeniem przyjemności i ulgi powodowanej istniejącym kontrastem. Jednocześnie pojawia się wszystko i nic.
Seria cieszyła się dużym zainteresowaniem, bardzo szybko się wyprzedała i cała trylogia miała dodruk (lub nawet 2). Ponadto współtworzyli ją absolutnie cudowni rysownicy, m.in. kilku moich ulubionych: Jim Lee, Marika Andolfo i Stjepan Sejic, dlatego odbiór grafiki był miły. Może szczątkowa fabuła zyskuje na kontekście budowanym przez kolejne tomy, nie jestem w stanie tego określić, ale gdybym była w stanie cofnąć się w czasie, to powiedziałabym sobie, żeby nie kupować i nie czytać Batman Metal.
Komentarze
Prześlij komentarz