Multiwersum- recenzja

 Z pozoru to kolejna eventowa seria, w której wieloświat DC jest zagrożony. Jednak różni się od innych, jest o niebo lepsza i wskakuje na nowy meta-poziom. Dawno nie czytałam niczego co wciągnęło by mnie tak szybko i na tak długo.

Wspólnie z bohaterami przemierzamy Multiwersum, by zlokalizować zagrożenie i zwerbować (oraz poznać) herosów z poszczególnych Ziem. Na okładce każdego zeszytu znajduje się podziałka, a na niej "podświetlone" liczby, odpowiadające światom i bohaterom biorącym udział w historii, co jest świetne, bo cały czas wiemy gdzie i z kim jesteśmy. Zabieg jest prosty, ale dodaje przejrzystości i ułatwia orientację, szczególnie osobom, które nie mają rozeznania w alternatywnych wersjach Uniwersum DC, więc próg wejścia jest praktycznie zerowy. 

Uczestnicy przygody też dopiero poznają konstrukcję świata, np. dowiadują się, że wydarzenia z różnych ziem przenikają się przy pomocy komiksów- życie bohaterów z innych światów dzieje się w zeszytach "tutaj", a "to" jest fikcją w innych.

Zwiedzamy m.in. Ziemię-16, chronioną przez roboty Supermana, które są w stanie uporać się z każdym zagrożeniem. W związku z tym większość bohaterów przeszła na emeryturę, a ich tożsamości przejęły ich dzieci, które są znane z tego, że są znane i prowadzą "nudne" życie celebrytów.

Wybieramy się również na Ziemię-5, gdzie mieszka Kapitan Marvel i jego rodzina, tutaj Grant Morrison cudownie bawi się klasycznymi motywami jak zatrzymywanie pociągu, nabieranie przeciwników na "za wami!" czy nakłanianie do wypowiedzenia zakazanego słowa zmieniającego herosa z powrotem w nastolatka. Na szczęście historia nawet na chwilę nie wpada w kicz, ma świadomość własnego- przyjemnie infantylnego klimatu tworzonego przez grupkę dzieciaków. 

Zastanowiło mnie jednak, jak to się stało, że Kapitan Marvel nie jest już Shazamem. Jakiś czas temu czytałam "Mordobiecie" Reeda Tuckera, gdzie pisał, że po różnych zawirowaniach Marvel Comics przejął prawa do tego tytułu. Zbadałam temat i okazało się, ze faktycznie tak jest, dlatego DC nie może nazywać w ten sposób serii (ani używać nazwy jako znaku towarowego), ale nazwanie tak bohatera nie jest problemem.

Akcja nawet na chwilę nie zwalnia tempa- wpadamy na Ziemię-42, zamieszkaną przez absolutnie urocze chibi-odpowiedniki bohaterów i razem z miniBatmanem czytamy komiks będący przewodnikiem po Multiwersum. Dick czyta opisy każdego ze światów i mapę przedstawiającą ich zbiór, trafia m.in. na Limbo, gdzie "rozpada się materia i pamięć". Kiedy to czytałam zrobiło mi się trochę przykro, bo rzeczywiście sporo bohaterów, którzy trafili do Limbo zostało zapomnianych, nie tylko w samych komiksach, ale również przez czytelników :/

Czytając tom i robiąc notatki do tego posta zorientowałam się, że częściowo pokrywają się z tymi, które sporządziłam do recenzji "Batman. Metal 1" z tą różnicą, że u Morrisona te elementy działają świetnie, a u Snydera okropnie męczą. Postanowiłam chwilę się nad tym pochylić i wykminić, dlaczego pewne rzeczy czasami działają, a czasami nie i jakiego kontekstu potrzebują, żeby nas zadowolić.

Konkluzja jest taka, że według mnie Morrison świetnie czuje i bawi się kampowymi motywami, gdzie u Snydera wypadają one bardzo kiczowato i są wplatane w fabułę na siłę, jakby odhaczał punkty z listy. W "Multiwersum" bohaterowie mierzą się z nieznanym przeciwnikiem, ale potrafią o nim cokolwiek powiedzieć, ich wypowiedź nie kończy się na "to jest coś nieznanego", tylko "to jest coś nieznanego groźnego i bezwzględnego"- niby mała różnica, ale kompletnie zmienia charakter wypowiedzi. W obu tomach istotne są nieodkryte metale, ale w "Metalu" cały czas grają pierwsze skrzypce, mimo tego, że nie ma o nich nic do powiedzenia, kiedy w "Multiwersum" przemykają gdzieś ukradkiem, ktoś mimochodem o nich wspomina, więc mamy świadomość ich istnienia, ale nie musimy znosić całych rozdziałów poświęconych temu, że nie wiadomo czym są. Poza tym Morrison ewidentnie stawia na "Show, don't tell", co stawia jego tom w opozycji do  przegadanego, naszpikowanego ekspozycją tworu Snydera.

Wracając do tematu, w tomie pojawia się parę zeszytów poświęconych mniej interesującym światom, ale to raczej kwestia perspektywy- nie pociąga mnie Hitler adoptujący Supermana, dlatego przejdę, do jednego z moich ulubionych bohaterów i jednocześnie tego, który najbardziej podniósł mi ciśnienie: przedstawiam Kapitana Marchewę z Ziemi-26, na której działa "kreskówkowa-fizyka".


O ile zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, tak nie mogę znieść polskiego tłumaczenia i pozbycia się aliteracji. Powtórzenie to zabieg tak głęboko wpisany w kulturę trykociarzy, że ślepy zauważyłby jego brak. Jak to się stało, że Rodney Rabbit został Rodneyem Królikiem, zazwyczaj nie tłumaczy się nazwisk, dlatego Tim Drake nie jest Timem Kaczorem. Kolejną analogiczną sprawą jest Captain Carrot, który stał się Kapitanem Marchewą. Czemu nie nie mógł być Kapitanem Karotką lub Majorem Marchewą, to samo tyczy się Cosmic Carrot, czyli Kosmicznej Marchewki... 

Jak już jestem przy czepianiu się tłumaczenia, to zirytowała mnie również onomatopeja śmiechu pisana przez "ch". Co prawda obie wersje są poprawne, ale kto w XXI w. pisze "cha cha, che che"?!

To tyle jeśli chodzi o narzekanie. 

Tomik często łamie czwartą ścianę i w teorii nie jest to nic innowacyjnego, ale pierwszy raz spotkałam się z łamaniem czwartej ściany w obie strony- bohaterowie zwracają się bezpośrednio do nas, a my im odpowiadamy. 

Tak więc jaram się jak książki w Polsce w 2019 i gorąco polecam.


Komentarze